Witaj na forum gry Imperius - mieszanki RTS/RPG play by forum. Aktualny czas: 25-Apr-2019, 07:10 PM

Trwa rok 1208 (Tura 8) NOWA TURA: 01.04

Powrót do: Księstwo Annarietta


Kroniki Annarieckie
#1
Video 
Lin Baden i Smok 

Noc była wyjątkowo ciepła, nawet jak na ciepłe strony Księstwa Annarietty. Po długim dniu niezwykle poważnych rozmów Książę Tankred urządził huczne przyjęcie, jedno z wielu z których słynął dwór w Corvo Bianco. Wśród wielkich osobistości na konferencji w tym mieście pojawili się przedstawiciele z różnych części świata: Eugenio Sivilo Nazario – wuj króla Castiglione, król Còirdìlaes Bryce Er'Ardheslaiq a nawet przedstawiciel odległego Sułtanatu Raszimu – Lin Baden. Ten ostatni uwielbiał podróżować, co podkreślił przy przywitaniu. Energia wręcz rozsadzała raszimskiego posła. Podziwianie zupełnie obcej kultury pochłaniało większość jego wolnego czasu. Lin często rozmawiał prywatnie z samym księciem Tankredem. Od pierwszego spotkania , że był to człowiek wyjątkowy, dobrze zbudowany, emanujący męskością i wigorem dumny władca, a dodatkowo wiedział jak urządzić ucztę. Podczas tego nocnego balowania Baden usiadł naprzeciw Tankreda i długo rozmaili ze sobą, jakby nie zwracając uwagi na całe głośne otoczenie. Tankred snuł słuchaczowi opowieści o losach Dworu w Corvo Bianco. Mimo, że Baden mieszkał tam na co dzień, to nie widział go w całej okazałości, gdyż niektóre komnaty były niedostępne dla gości. Szczególnie ciekawiły go dwie górujące nad pałacem wysokie wieże, które były tak wysokie i tak imponowały przybyszowi, że myślał, że zobaczy z nich swoją ojczyznę. W pewnym momencie Tankred wyrywając gościa z marzycielskiego snu złożył mu propozycję:
- Lin Badenie, kiedy ostatnio zajeb*łeś bucha?
- Co zrobiłem?
- W waszych stronach nie ma bajkowego ziela?
- W naszych stronach nie ma prawie nic co pochodziłoby z Annarietty, ale nazwa brzmi ciekawie, to jakaś roślina?
- To nie „jakaś roślina”, to bajkowe ziele, może zamiast tłumaczyć, zaprezentuję.
I skinieniem dłoni dał znak służącemu. Po chwili wrócił z kilkoma papierami dziwnie skręconymi na kształt rurki i wypełnionymi czymś w środku. Widząc zmieszanie u towarzysza, Tankred wziął jeden papierek, odpalił końcówkę od ognia podstawionego przez służącego i zaciągnął się. Lin Baden obserwował jak gospodarz nagle staje się wyluzowany, a na jego twarzy pojawia się uczucie szczęścia. Nie czekając na pozwolenie, południowiec wziął kolejnego, odpalił i zaciągnął się. W jednej chwili wszystko zrozumiał, dlaczego nazwano tę roślinę „bajkowym zielem”. Ogarniała go wesołość, ale zupełnie inna niż odczuwał normalnie, poczuł się jak w bajce, jak gdyby miał jakieś wewnętrzne przeżycie, które czyniło go szczęśliwym. Szybko towarzysze wrócili do rozmowy, przy okazji wciągając nowe ilości tego „bajkowego ziela”. Ludzie na balu zerkający do stolika gospodarza zauważali czasem, że obaj rozmówcy przerywali rozmowę w przypadkowym momencie, żeby się pośmiać bez powodu i dodatkowo wyglądało to jak u małych dzieci: jeden się śmiał, bo śmiał się drugi i na odwrót zataczając błędne koło. W końcu Bin Laden wstał i poszedł tańczyć z resztą uczestników.  Jego oczy były przekrwione, ale nie zdradzały negatywnych uczuć. W pewnym momencie skoczył i zakrzyknął
„czuję że rozsadza mnie energia, uwaga, chyba będzie wybuch”
Po czym zakrzyknął po raszimsku:
الله أكبر

I wydał dźwięki naśladujące wybuch
„bum bum, pszszszrzrzrz buuuuuuuuuum”
Przybysze z reszty krajów byli zdziwieni dziwnym zachowaniem posła, ale miejscowych ta sytuacja tylko bawiła. Tankred wstał również płacząc ze śmiechu. Podszedł i razem z posłem wzięli się za bary i zaczęli się śmiać. Po chwili jednak ich wzrok skupił się na drzwiach wyjściowych.
- Widzisz to co ja? –zapytał Lin Baden 
- Widzę to, i bardzo mnie denerwuje, niemal pluje mi w twarz. (tu zwrócił się w stronę drzwi) Marne pieczywo, chlebie spleśniały, myślisz, że puszczę ci tę zniewagę płazem? (znowu do Badena) Lin, bierz miecze dorwiemy ten chleb.
- To nie zwykły chleb, to chyba chlebsko
-Ch*j z tym jak to się nazywa NA JAAAARRREEEEEEMMMMMUUUUU
I obaj chwycili pobliskie miecze dekoracyjne, wiszące na ścianie i pomknęli za dziwną poczwarą przypominającą chleb. Jednak stwór nie walczył z nimi, zaczął uciekać i to tak szybko, że pościg nie mógł ich dogonić. Niemniej obaj mężczyźni biegli wytrwale dalej, niczym dawni błędni rycerze Annarietty z czasów, kiedy po świecie chodziły smoki. Mocno już dysząc wybiegli na dziedziniec pałacowy. Lin Baden złapał oddech i powiedział:
- Jeju, czemu…. Czemu ten Chlebsko… jest tak potężnie szybki.
Ale „chlebsko” tylko pokazało język niedoszłym prześladowcom, zrobiło „ziuuuuuuuum” i odleciało. Obaj druhowie odpoczywali chwile i Tankred wyjął zza pazuchy dodatkowe „skręty” i podał towarzyszowi w ramach pocieszenia za nieudane łowy.
Znowu zrobiło się bardzo wesoło, ale nagle obaj spoważnieli.
- Coś tu nie gra – powiedział Tankred
- Tak, śmierdzi jak mój ojciec kiedy wracał pijany do domu – odparł Lin
I nagle usłyszeli potężny ryk, który powalił ich na kolana. Kiedy spojrzeli w górę nie wierzyli własnym oczom. Na placu właśnie lądował smok, ogromny, na około  9 łokci i ział ogniem, który przybierał różową barwę.

[Obrazek: XYsgL36.jpg]

Obaj wojownicy szybko się ogarnęli. Chwycili miecze i wydali okrzyk w starożytnym języku: „Rose Moet!!! ” i ruszyli do ataku. Tankred oberwał pierwszy od ogona, jednak nacierający z drugiej strony Lin wykorzystując nieuwagę stwora skoczył i przeciął mieczem pierś potwora. Ten zaś zaryczał i puścił w stronę Badena strumień ognia. W ostatniej chwili jednak Tankred skoczył i powalił towarzysza na ziemię, ratując go od płomieni. W tym momencie na plac przyszedł odział strażników pałacowych, dowódca podbiegł do Tankreda, ale zanim on zdążył przemówić, książę zakrzyknął:
- No i co tak debile stoicie jak kołki, natychmiast otoczyć potwora i nacierać kupą, jeśli go nie pokonamy, to przynajmniej zginiemy z honorem
Strażnicy zgłupieli, ale widząc groźną minę władcy posłusznie wykonali polecenie i otoczyli smoka. Poczwara zdekoncentrowała się, nie wiedziała w którą stronę patrzeć. Tankred uśmiechnął się, wiedząc, że jego plan działa, ale ponieważ żaden z żołnierzy nie atakował, zakrzyknął:
- Dzbany, żadnego z nich pożytku, Lin musimy to sami załatwić.
Ale zanim skończył to zdanie, Baden ruszał już na stwora. Przeciął go po plecach, aż ten znowu zaryczał, chciał się odwrócić, żeby zaatakować insekta, ale w tej chwili otrzymał cios w przednią łapę mieczem Tankreda. Przez chwilę Tankred spojrzał na żółte przepełnione nienawiścią ślepia potwora. Płonący wściekłością wziął głęboki wdech i już szykował się do Spłonięcia, ale na jego grzbiecie pojawił się Lin Baden i majestatycznie uderzył monstrum w czaszkę. Potwór znowu zaryczał, ale nieustraszony Baden bił dalej mieczem po łbie, aż ten opadł na ziemię. 
Chwilę trwało zanim obaj rycerze doszli do siebie i złapali oddech. Stanęli i wpatrywali się w truchło dziwnego stworzenia.
- Smoku… jesteś piękny – zauważył Lin Baden – szkoda, że zabiliśmy te majestatyczne stworzenie.
- Nie my, to ty zadałeś ostateczny cios i uratowałeś mnie przed straszną śmiercią. W godzinach próby nie zawahałeś się stanąć twarzą w twarz z potworem u mego boku, a jednocześnie doceniasz naturalistyczne piękno bestii. Posiadasz wszystkie z cnót dawnych rycerzy, a to niezwykle rzadkie w tych czasach , to zaszczyt, że mogłem ramię w ramię walczyć obok takiego człowieka jak ty. Klęknij.
Południowiec lekko zszokowany uklękł opierając się o miecz.
- Z mocy nadanej mi przez Adro i wszystkich bogów Imperiusa – przemówił Tankred trzymając w dłoni poszczerbiony już miecz – Ja, Tankred, syn Vesemira z rodu Etcheverrych, Książę Annarietty, Pan Corvo Bianco, Suweren Bagette, Grenouille, Amour, Oui i tak dalej i tak dalej, za wybitne zasługi dla księstwa, za odwagę i wolę mianuję Cię Badenie na Rycerza Anarietty, powstań Lin Badenie, Pogromco Smoka. 
Nowy rycerz wstał i ze łzami wzruszenia w oczach, przyjaciele wpadli sobie w ramiona. Długo się ściskali, ale kiedy już skończyli, książę zakrzyknął do gwardzistów, którzy z minami idiotów wpatrywali się cały czas w ich władcę.
- Banda bezużytecznych kmiotów, tchórze, śmiecie się nazywać Annariettczykami? Precz z moich oczów i zabrać mi to cielsko stąd, bo będzie śmierdzieć. A… i każcie przynieść więcej bajkowego ziela. Chodź Lin, pokażę ci pałac w całej okazałości, teraz jesteś Rycerzem Annarietty, możesz wejść w każdy kąt pałacu, nawet do mojej sypialni. I śmiejąc się poszli w stronę drzwi pałacowych trzymając się za barki.
Po jakiś godzinie znowu było im niezwykle wesoło. Bajkowe ziele doniesiono w samą porę, bo już zaczynali poważnieć. Siedzieli sobie w wielkiej hali tronowej i opowiadali sobie żarty.
- Widziałeś go? – zapytał Tankred
- Kogo?
-MISIA GOGO
I wybuchli śmiechem
-Ten śmiech aż mnie rozsadza – powiedział gość 
- Przestań z tym wysadzaniem, bo się zmoczę – ledwo wycedził Tankred nie mogąc się powstrzymać od śmiechu. 
- Ty, a patrz co mam w ogóle
- Czy to…

[Obrazek: QGd7HDo.png]
*Smocze jaja*

-Tak, wziąłem jako trofeum z pola walki.
- Ile to może być warte?
- Trzeba się przekonać , są jacyś kupcy w tym mieście. 
- A czy wojownicy Tenku srają w lesie? Nie zadawaj takich głupich pytań i chodź.
Razem z obstawą wyszli „ad urbem”.  Kupca znaleźli szybko, a raczej zwykłego kowala pracującego po nocach. Dowódca straży zauważył, że twarz tego kmiecia nie zdradzała nadmiaru inteligencji. 
- Ja będę mówił – powiedział Tankred, po czym wziął czerwone kule od Lina i podszedł do kowala.
Ten nie rozpoznał widać swojego władcy, otyły, ale jego sylwetka poszerzała się i chudła w różnych miejscach. „To pewnie bajkowe ziele, ale to nic” pomyślał Tankred po czym przemówił:
- Mam jajła.
- Zwykłe jajła? - głupio odezwał się kowal w dalszym ciągu nie wiedząc z kim rozmawia
- Njee,to są smocze jajła, jojka.
- Ile razy masz jeszcze zamiar pkzywać mi... OoOOooO cholerła, smocze jajła? Do lycha skąd je wytrzasoeś.
- Zabrałem je luziom.
- Pokasz. 
Tankred wachał się, ale podał swoją zdobycz. Rzemieślnik wziął je i zaczął w nie uderzać młotkiem.
- HmMmm, bardzo twardy materiał. Gdybym miał trochę magiczne jajła, ze stali mógłbym robić bronie lepszą niż zwyczajną. Dawaj, dawaj, kurczaki, chcesz żebym je kupił? Dawaj, zapłace powiedzmy MMMMmmmmMMmmmmm 300 sztuk złota za każde jajło.
- Chcesz smocze jajła?
- JASNE, dawaj, dawaj, zapłacę, zapłocę, zapłocę. – kiedy kowal to mówił, kręcił się dziwnie w koło w miejscu, podtrzymując się rękami na udach
- Mam tu kilka, mam koljłne, chcesz kolejłne?
- DAWAJ, DAWAJ, DAaaAwwaAJjJ! – tu już do kręcenia się w kółko doszło dziwne wymachiwanie rękami.
- No to co? Chceesz?
- DAWAJ, DAawwaAJjJ, DAawwaAJjJ, DAawwaAJjJ!
- Njłee? Zatem njłeet, nie dostaniesz. Myślę że jłe zaczymam. Zachowaj więc swoje złota.
Powiedziawszy to Tankred odwrócił się na pięcie i odszedł pozostawiając zgłupiałego rzemieślnika. Gdy dotarł płaczącego ze śmiechu Badena powiedział:
- 300 sztuk złota
I obaj położyli się na bruku płacząc ze śmiechu
Noc robiła się już późna, ale dalej było ciemno. Towarzysze siedzieli na jednej z dwóch wież Corvo Bianco i podziwiali widoki, które zresztą mocno im już teraz wirowały. Lin Baden był podniecony jak dziecko tymi wieżami. 
- Niesamowite te budowle, nigdy takich wysokich nie widziałem.
- Najwyższe na świecie.
- A wyobrażasz sobie jakby coś o nie uderzyło i się zawaliły?
- Co?
- Nic. Daj mi jeszcze jednego bucha.
„Jeden buch” skończył się na 3 skrętach. Lin Baden stanął na krawędzi wieży, a Tankred widząc to, stanął za nimi i trzymając go za obie ręce wzniósł je wyprostowane do góry na wysokość piersi. 
- I co teraz? – zapytał Lin Baden
- Teraz?  Lecimy.
I polecieli. Lot był niesamowity, poczucie wiatru na twarzy, nieskrępowana wolność, brak ograniczeń. Przyjaciele machali do siebie i wykonywali dziwne piruety w powietrzu. Lecieli obok patrząc sobie na twarz z zadowoleniem. Nagle, Lin poczuł uderzenie w głowę. Uderzył w jakiś mur, zanim zorientował się co zrobił, nadeszło drugie, po którym zaczął spadać. Od śmierci ocalił do Tankred, który złapał go w locie i odstawił. Obaj spojrzeli na siebie, a potem w stronę pałacu i oniemieli. Dwie wieże upadały na pałac wśród dymu i krzyków mieszkańców. 
- To ja, cóżem zrobił, to ja zawaliłem te wieże – z wyrzutami  powiedział Lin Baden
- To niemożliwe… co… jak… - Tankred był w zbyt dużym szoku, żeby ułożyć sensowne zdanie. – Ty… ty… ja…
To było ostatnie wspomnienie Badena z tej nocy. Rano obudził się w swojej komnacie zupełnie sam w podartym ubraniu. Słońce górowało już na niebie, co wskazywało na to, że było południe. Na początku nic nie pamiętał. Kiedy sobie przypomniał, oczy mu się zaświeciły i szybko podbiegł do okna. Na szczęście wieże były na swoim miejscu. Niedługo przyszedł służący i poinformował, że Książę prosi do siebie. Gdy Baden szedł na spotkanie był jakoś dziwnie zmieszany. Nie wiedział które wydarzenia zeszłej nocy były prawdziwe, a które były działaniem bajkowego ziela. Przechodząc korytarzami można było zauważyć uczestników wczorajszego przyjęcia. Niektórzy trzymali się za głowy, z innymi nie było kontaktu. Uwagę na siebie szczególnie rzucał śpiący na ławce Silvio Nazario, poseł Castiglione, od którego unosił się bardzo nieprzyjemny odór, a podłoga przed nim była brudna od wymiocin. Baden zatykając nos przeszedł dalej. Gdy już przybył do niezbyt wesołego Tankreda, ten kazał mu usiąść, bo akurat był w trakcie rozmowy z  majordomusem. Ten szczegółowo próbował przedstawić władcy szkody po wcześniejszej nocy:
- …dwa funty bajkowego ziela, z czego półtorej na potrzeby waszej wysokości, dodatkowo dwa wyszczerbione miecze warte fortunę i kompletnie poharatany posąg lwa na dziedzińcu…
Tankred wysłuchał wszystkiego co do słowa, po czym skinieniem ręki oddalił urzędnika. Bohaterowie ponownie zostali sam na sam. Siedzieli tak w ciszy przez kilka chwil, po których w końcu Tankred wstał, obrócił się do Lin Badena i powiedział:
- Lin… a brałeś kiedyś wiadro?

//by Princeps i Saharczyk//
Potężnie szybkie chlebsko *ziuuuuuuuuuum*
Odpowiedz cytując ten post




Powrót do: Księstwo Annarietta



Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości