Witaj na forum gry Imperius - mieszanki RTS/RPG play by forum. Aktualny czas: 25-Apr-2019, 07:04 PM

Trwa rok 1208 (Tura 8) NOWA TURA: 01.04

Powrót do: Wydarzenia


Kronika
#1
*-*-*
Odpowiedz cytując ten post



#2
Jantar, 1201

W centralnej części Imperiusa leży mała kraina, porosła lasami, gdzie zboża łan złocisty obradza co rok, a kmiecie wiodą prosty i spokojny żywot. Kraj, który tam się mieści od wielu lat był na uboczu historii, co pasowało zarówno jego mieszkańcom jak i rządzącym. Niestety czasy spokoju dla tych malutkich ziem się skończyły na jesień roku poprzedniego.

Jantar od wielu pokoleń był rządzony przez dynastię Rawiczów. Władcy z tego rodu wybitni nie byli, lecz i nie wpędzali krainy w kolejne zawieruchy, czym zaskarbili sobie wdzięczność i oddanie poddanych. Kiedy zatem na tron wstępował książę Burzmir, wielu ludzi obiecywało sobie kierowanie się starą sprawdzoną drogą. Książę w polityce zagranicznej podtrzymał odwieczną tradycję (alians z pobliskim Zakonem) co miało zapewnić kolejne lata stabilności. Natomiast w przeciwieństwie do poprzednika zaczął wydawać liczne uczty i turnieje (pono pod wrażeniem Annarietty, w której to przebywał w młodości), co szybko uszczupliło skromny skarbiec książęcy. Jednak Burzmirowi nie w smak było ograniczanie wydatków, zatem by znaleźć pieniądze na spłatę zaciągniętych zobowiązań kazał parę lat temu podnieść podatki. Ludność na wsiach i w nielicznych miastach zaczęła złorzeczyć nieroztropnemu władcy, lecz nastroje nie były wybuchowe – wszak wiedziano, że pan ma kaprysy jak poprzednicy i może mu na starość przejdą. Jednak lata mijały, a poborcy książęcy dalej zdzierali z lokalnych kmiotków. Wtem przyszła w Księstwie wielka susza roku 1199, kiedy to większość plonów obumarło na polach, a w państwie wybuchłby głód, gdyby nie zakupione zboże od sojuszniczego zakonu. Nawet w czasie kiedy wieśniacy mieli ledwo co wrzucić do kotła, książę podatków nie obniżył. Wreszcie kmiecie nie wytrzymali i zaczęli rąbać poborców książęcych. Pierwszy pono został nabity na pal we wsi Biały Sad. Wtem kościół się wmieszał, aby nie dopuścić do dalszego rozlewu krwi. Pod przywództwem proboszcza Sławomira do księcia poszła błagać delegacja chłopów i mieszczan. Nawet ich Burzmir nie wysłuchał, a Sławomira kazał powiesić na wałach swego grodu. To przelało czarę goryczy i kraj powstał przeciw swemu władcy. Kniaź zamknął się z drużyną w swym grodzie, gdzie oczekiwać miał pomocy od Zakonu – nie wiedział, że Wielki Mistrz zerwał wszelkie pakty na wieść o kaźni duchownego adronistycznego. Może jednak doczekałby zimy, kiedy chłopi by się do domów rozeszli, gdyby nie dowódca książęcy Radost, który w nocy pochwycił Burzmira i obwiesił go na tej samej szubienicy, na której konał Sławomir. Bramy zostały otwarte, a uradowane pospólstwo obwołało Radosta swym panem.

Kiedy Burzmir wydawał ostatnie podrygi swego życia jego rodzina salwowała się ucieczką. A ze względu, że w samej rodzince nie panowała zgoda to rozjechali się w różne strony. Kiedy bunt się zaczął na północ umknął książęcy bękart – Bolemir. Zajechał on wraz z kilkoma szlachcicami z Jantaru, na dwór Króla Braniborii i poprosił o schronienie. Mimo, że z prawego łoża nie jest (Burzmir go doprawdy legitymizował, lecz jeszcze za jego życia nie było pełnej akceptacji tego faktu), już tytułuje się Księciem Jantaru. Córki Burzmira z pierwszego małżeństwa Przemira i Rosława przebywały w odwiedziny u Gaworskich – krewnych jej matki kiedy wszystko to się stało. W obawie o ich życie, Walmir Gaworski zabrał dziewczyny i na łodzi przebył jezioro by szukać azylu u Djodoarów. Teraz czekają w mieście portowym na decyzję króla, czy ich przyjmie czy dalej każe im się wyprawić. Wreszcie, dzięki poświeceniu paru wiernych wojów z masakry udało się ujść żonie Burzmira – Wszeborze, wraz z dziećmi – córką Malwą i dziedzicem korony Samborem. Pod ochroną krewnych Babiczów oraz wraz z resztkami dworu ksiązęcego, przekroczyli oni granicę z Zakonem by u dawnego sojusznika szukać wsparcia dla roszczeń małego księcia. A tymczasem kiedy krewniacy Burzmira skrywają się po odległych dworach, Radost rozsiada się na swym siedzisku rządząc tak jak Jantarczycy to lubią – łagodnie. Doprawdy jego władza nie jest efektywna, a skarbiec kraju dalej kuleje mimo zakończenia wystawnego trybu życia dworu, lecz chłopi wreszcie odetchnęli od wysokich podatków i chociażby dlatego gotowi są walczyć ramię w ramię z Radostem.
Odpowiedz cytując ten post



#3
Ussura, 1201

Jeżeli Car Jaropełk Wasylijowicz Jegorow miał jakieś wątpliwości czy postąpił słusznie paląc swoją żonę na stosie Ludmiłę Władymirowną, to chyba zdążyły minąć. Wprawdzie zdarza się nader rzadko, aby dziecię miało inny kolor włosów niż jego rodzice, dziedzicząc je po jakimś dalekim przodku, ale przecież nie pamiętano czarniawych w rodach Jegorowów i Radczenków. Sęk w tym, że ciemna czupryna Władyma Jaropełkowicza mogła być efektem przecież zdrady nie Ludmiły, a innej kobiety z któregoś rodów, dajmy na to matki Jaropełka, lub matki Ludmiły. Car zareagował jednak wściekłością, bo wszystko świadczyło na pierwszy rzut oka o przyprawieniu mu rogów i teraz po wielu latach patrząc w swe odbicie w lustrze może powiedzieć, że postąpił właściwie.

Marne to pocieszenie dla władcy Ussury, bowiem pewnym 'dowodem' na zdradę jego małżonki, jest fakt, że mimo wielu żon i tuzina konkubin jak kolejnego dziecka się nie doczekał. Na sprawność w alkowie narzekać nie może, uwija się jak szatan, ale przez blisko dwadzieścia lat sprawcą stanu brzemiennego jak nie był, tak nie jest do tej pory. Z jednej więc strony niepewność co do bękarta i ewentualne wyrzuty sumienia rozmyły się precz, z drugiej jednak kraj nie ma carewicza. Sukcesja jest zagrożona, a gdy sukcesje bywają zagrożone, pojawiają się pretendenci i tylko kwestia czasu jest aż kraj zaczyna tonąć w ogniu i krwi.

Może nie rozwiązałaby całkiem sprawy, ale z pewnością pomogło, wyznaczenie następcy przez Jaropełka wobec braku dziedzica będącego owocem własnych lędźwi. Problem w tym, że na myśl o przekazaniu władzy komuś spoza rodu, władca dostaje jasnej cholery. Jegorowowie to najpierwszy ród Ussury, a jego protoplasta, zjednoczyciel plemion, założyciel carstwa cieszy się największym kultem w kraju. Oddać po śmierci władzę innym? Absurd!
Do szukania w dalszych liniach swego rodu też Jaropełk się nie spieszy. Na dworze panuje opinia, że większość mogących być branymi pod uwagę, to wedle cara zgraja imbecyli, którzy nie pokierowaliby właściwie latryną, a co dopiero sporym krajem. Poza tym, co ważne, Jaropełk wciąż się jeszcze łudzi. Co dzień ma iskrę nadziei, że żona, albo niech będzie i któraś z konkubin, przywita go z uśmiechem słowami "Miłościwy Panie, jestem przy nadziei".

Po tylu latach kompletnie nie wierzą w to już jednak pretendenci, tak samo jak nie wierzą, że "uparty sukinsyn" (jak niektórzy zaszczycają cara po cichu) wyznaczy następce spośród nich.
Tak tedy w Ussurze zaczynają się zbrojenia do konfrontacji, która nastąpi, gdy car wyzionie ducha.

W kraju Wołodar Iwanowicz Jegorow-Tulajew oraz Fiodor Michaiłow Nikolajew walczą o wpływy wśród bojarów. Jedną wielką niewiadomą jest jak możni zareagują i po czyjej stronie kto się opowie. Z jednej strony Fiodor jest najbliższy więzami krwi, bo car jest jego stryjem (przez matke Irinę, zmarła niedawno siostrę cara). Z drugiej strony Wołodar rodowo jest od Jaropełka znacznie dalej, ale to wszak najbliższy mu żyjący krewny władcy z rodu Jegorowów, a więc daleki potomek po mieczu ubóstwianego w Ussurze przodka-założyciela rodu i caratu.

Nie liczy się na razie inny potencjalny pretendent, Władym “Bekart”. Młodzieniec na razie stara się w ogóle przetrwać ukrywając się przed carem aktualnie na dworze wielkiego rajcy Nikoli Benko z Vela Luki. Trafił tu lata temu i przez cały ten czas Jaropełk naciska republikę kupiecką o wydanie mu owocu zdrady żony. Benko jak do tej pory grzecznie odmawiał, jednak ostatnio przez frustrację związaną z wiadomo czym, Jaropełk staje się coraz bardziej natarczywy, tym bardziej, że Władym oficjalnie głosi się prawdziwym synem cara, a nie owocem zdrady.. Vela Luka nie może pozwolić sobie na konflikt z Ussurą z powodu jednego gościa na dworze, zatem Władym zapewne lada dzień usłyszy gdzie są drzwi i zostanie poklepany na drogę po plecach.
Kto wie czy to nie błąd Jaropełka… siedząc w tej niewielkiej republice kupieckiej, Władym “Bękart” zmontować silnego poparcia nie mógł. Opuszczając Vela Lukę będzie musiał udać się gdzieś indziej uciekając przed carem. Gdzie? Nie wie tego chyba nawet sam ciemnowłosy powód tej całej sytuacji w jakiej znalazł się region. .. Jednak jeżeli trafi na dwór kogoś o wiele silniejszego niż Nikola Benko, to nagle do walk o władzę nad caratem może wmieszać się kolejna siła. Chichotem losu byłoby, gdyby opiekun Władyma, jako marionetkę usadził go na tronie Jaropełka. “Przewracanie się w grobie” z popularnego powiedzenia, nabrałoby nowego znaczenia dla tych, którzy szwendaliby się niedaleko krypt.

Wmieszanie się krajów ościennych nie jest wykluczone i z innego powodu. Otóż Igor Borysowicz, syn młodszego brata cara, Borysa (la przynajmniej za Borysa się jego rodziciel podawał zanim zszedł z tego świata), ujawnił się w Cesarstwie Varangardu i szuka poparcia. Gdyby Jaropełk zmarł i Wołodar z Fiodorem wzięli się za łby, to najazd cesarza var Graffa (gdyby zdecydował on się poprzeć Igora) prosto w środek wojny domowej, zapowiadałby się tyleż malowniczo, co spektakularnie. To jednak dywagacje, bo po prawdzie sytuacja Igora na tą chwilę nie różni się od sytuacji Władyma. I jeden i drugi na razie nie mają nic.

Jest jeszcze dwoje ludzi, którzy mocno życzą Jaropełkowi śmierci, choć akurat oni nie maja żadnych szans na przejęcie władzy. Bej Gazirehu i Księżna Baghdatii siłą zhołdowani przez cara, patrzą w kierunku Ussury z ekstatycznym zainteresowaniem. Śmierć władcy i mnogość pretendentów, oznacza wojnę domową.
A wojna domowa u seniora, to okazja do zrzucenia zależności lennej.

Jeżeli Jaropełk nie spłodzi szybko potomka, to z pewnością będzie się działo.
Morał z tej historii i sytuacji jest jeden: “Księżno, królowo! Jeżeli już koniecznie chcesz puszczać się, przyprawiając małżonkowi rogi, miej ty litość w sercu dla tysięcy biednych ludzi, twych poddanych i wybierz sobie gaszka, co na łbie ma ten sam odcień kudłów, co twój ślubny”.
Odpowiedz cytując ten post



#4
Tarcvinium, 1204

Wieczne Miasto przeżywa ostatnio doprawdy ciekawe czasy...
Jeszcze na dobre nie ucichł gwar oburzonych głosów wzywających do reakcji na ostatnie wydarzenia, jakimi były rzeź aeckich kupców i wzrastające polityczne zaangażowanie ludu stolicy Tarcvinium, a już dostarczono gawiedzi nowych tematów do plotek, kłótni i wzajemnych oskarżeń.
Tematem tym są pogłoski o zamachu, jaki został przypuszczony na korpus dyplomatyczny Ligi z Elis w mieście! Doszło do niego w biały dzień, kiedy orszak udawał się właśnie do swoich kwater po spędzeniu w gmachu senatu niemal całego dnia na rozmowach. Według naocznych świadków nieznany sprawca rzucił się z nożem na wikariusza, który tylko dzięki łutowi szczęścia zdołał uniknąć poważniejszych obrażeń - szczęścia tego nie miało jednak kilku jego bliskich współpracowników, którzy mieli pecha stanąć zamachowcowi na drodze. Zanim nieuzbrojeni dyplomaci zdążyli zareagować, niedoszły zabójca zbiegł z miejsca napaści, obawiając się zapewne, że przedłużające się starcie może przyciągnąć uwagę straży miejskiej.
Zdarzenie to wywołało niemały skandal wśród elit Tarcvinium. Praesart rozpoczął kolejne śledztwo, zbierając zeznania i hojnie opłacając straż. Szybko ustalono że zamachowiec był prawdopodobnie Aetą - a przynajmniej na to wskazywałaby jego ciemna karnacja i język, w jakim miał ponoć wykrzykiwać groźby wobec ofiar. Co prawda jego samego jeszcze nie ujęto, ale nie można oskarżać Theodosiusa Hadrius aep Vestinusa o zaniechanie środków bezpieczeństwa - patrole na ulicach miasta niemal natychmiast zostały podwojone, strażnicy pojawiają się już nawet w Senacie (co w czasach świetności Imperium byłoby nie do pomyślenia, ale dziś wszyscy zdają się o tym zapomnieć), a na ulicach szepcze się, że tajni agenci władcy są liczniejsi i bardziej aktywni niż kiedykolwiek. Pytanie tylko czy to wystarczy, żeby utrzymać wzburzoną i pełną przemocy stolicę w ryzach...

- Zamach na korpus dyplomatyczny Elis
- Poszlaki wskazują na Aetę
- Praesart zwiększa środki bezpieczeństwa i kontroli.
Odpowiedz cytując ten post



#5
Lud Bhisha, 1204

Lud Bhisha jest chyba najbardziej egzotycznym kryształem kalejdoskopu kultur Imperiusa. Wyróżnia ich przede wszystkim czarna skóra wyglądająca niemal jak spalona na popiół niespotykana nigdzie indziej. Na tereny Bhisha często zapuszczają się ekspedycje mające na celu pochwycenie jak największej ilości tubylców w siatkę i sprzedanie ich poszukującym niewolników kupcom. Zajęcie to jest wyjątkowo intratne o ile zna się położenie wiosek rozsianych po terytorium Ludu Bhisha... A przynajmniej było intratne do czasu śmierci wodza Mbulelo. Wódz miał lepsze zajęcia niż pomaganie północnym plemionom które zresztą nigdy nie były mu zbyt przychylne. Wolał izolować się od świata, przepędzać złe duchy czy kultywować tradycję. Jednak leniwy władca zmarł a na jego następce wiec plemion wybrał Nqabisile który porwał innych wodzów wrogością wobec "białych diabłów". Jest zdecydowanie bardziej porywczy niż poprzednik a na dodatek mówi się, że szuka poparcia wśród południowych, czarnych królestw. Zaczął jednak przede wszystkim od obrony granic przed łowcami niewolników przybywającymi z Sułtanatu Raszimu co niepokoi okolicznych kupców wzbogacających się na czarnym towarze.

- Zmiana władzy. Mbulelo umiera. Nowym Omkhulu Omkhulu Nqabisile.
- Nowy władca obiecuje większy opór przeciwko Raszimom, poszukuje wsparcia wśród Czarnych Królestw południa.
Odpowiedz cytując ten post



#6
Varangowie, Ussura, 1204

Varangowie do perfekcji opanowali plądrowanie terenów, na które ku rozpaczy ich mieszkańców zagnała ich żądza łatwego i krwawego wzbogacania się. Choć ich wyprawy łupieżcze są dziś o wiele rzadsze niż dawniej, to wśród niektórych ludów powstały specyficzne powiedzenia oddające to czego można spodziewać się po tym wojowniczym narodzie. "Jakby hird varandzki tędy przeszedł", "Nie zjesz zupy, to Varangi przyjdą" - to jedynie przykłady oddające lęk ludzi przed odwiedzinami wypraw łupieżczych sąsiadów. W temacie plądrowań i spontanicznych najazdów związanych z rzeziami w każdym razie Varanga przypisuje się do roli sprawcy, bynajmniej zaś ofiary, dlatego to co dzieje się ostatnimi czasy na varangsko-ussuryjskim pograniczu może mocno dziwić, o ile nie wręcz szokować.

Oto płoną varangskie sioła, a ich mieszkańcy są bezlitośnie mordowani. Wrzaski zabijanych ludzi i łuny pożarów to coraz częstszy widok na południowo-wschodnich rubieżach dziedziny młodego Magnusa. Sprawcy tych masakr to tajemniczy żołdacy z Ussury, choć otoczenie nowego Cara kategorycznie odcina się od tych zdarzeń i zaprzecza jakoby miało z tym coś wspólnego. Wsie jednak jak płonęły tak płoną i coraz więcej osób zaczyna się zastanawiać jaki jest powód tych niszczycielskich rzezi. Niektórzy wskazują, że najazdy dotykają tych terenów, w których najmocniej działali misjonarze z Anszanatu, ale kto i czemu miałby chcieć rugować rosnące powoli wpływy Vohanizmu? Na to pytanie już ciężej znaleźć odpowiedź. Ci, którzy nie wierzą w religijne korzenie tych niepokojów wskazują nieśmiało, że to w Ussurze ostatnio był kryzys sukcesyjny i nieliche z nim związane zamieszanie, a choć kwestia ta zdaje się być chwiejnie opanowana, to Magnus nie kryje się specjalnie z tym, że chciałby to wykorzystać na swoją korzyść. To jednak wciąż nie odpowiada na pytanie czemu jacyś Ussuryjczycy rżną Varangów w ich domach jak granica długa i szeroka.
Może być wszak i tak, że to prywatna inicjatywa jakiejś bandy , która znalazła oparcie w charyzmatycznym i okrutnym rozbójniku. Problem w tym, że gdy ludzie doszukują się czegoś więcej w takich grabieżach, ich interpretacje mogą prowadzić do o wiele sroższych wydarzeń. Byłoby strasznym chichotem losu, gdyby dwa kraje rzuciły się sobie do gardeł w wyniku grabieży czynionych przez zwykłe bandy złoczyńców.
Dla Varangów jednak nie to jest najważniejsze.
Wsie w Borehaugene płoną.

- Tajemniczy Ussurscy żołdacy mordują Varangów na pograniczu
- Motywy tych operacji pozostają nie jasne
Odpowiedz cytując ten post



#7
Kanaan, 1204

Związek Kanaanejski - królestwo... czy raczej związek królestw pod przewodnictwem metropolii Ariades na wyspie Phoneki. Dodatkowo każdy król miasta związkowego wybierany jest przez senat, przy czym oczywiste jest, że za najważniejsze uchodzą wybory w "mieście matce", które de facto sprawuje pieczę nad polityką zagraniczną Związku. Choć wiekowa tradycja pokazuje przywiązanie senatorów do konkretnych dynastii, to zdarzały się już sytuację, w których po śmierci króla jego potomek przegrywał elekcję - a nowym przywódcą zostawał albo daleki krewny, albo nawet niekiedy jeden z bardziej wpływowych arystokratów.
W 1203 roku taka sytuacja nie miała miejsca. Po śmierci Appiana III, króla Ariades, jego syn został w pierwszym głosowaniu wybrany jego następcą i zaczął rządy jako Appian IV. Od razu dał też się poznać jako aktywny gracz w polityce zagranicznej - podpisując między innymi niesławne w niektórych kręgach Trójprzymierze. Co zaś tyczy się działań wewnętrznych...
Dość powiedzieć, że wbrew oczekiwaniom senatu nie zrobił nic. Popleczników nie wynagrodził, przeciwnikom nie zaszkodził, na posiedzeniach senatu był jakby nieobecny. Nie trzeba było długo czekać aż rozzuchwaleni tym przeciwnicy zaczęli mocniej podnosić głowy - chcąc ugrać coś dla siebie. Coraz częściej słychać pomruki o głosowaniu nad budżetem - rzecz nie do pomyślenia za poprzednich rządów. Chodzą też plotki, że wpływowy prawnik - Cicer Tullan - człowiek inteligentny i energiczny, acz o poślednim pochodzeniu (co niekiedy jest powodem do kpin w senacie) wynalazł w archiwach dokument o Ypatosach - dwóch urzędnikach, którzy przewodzili państwu wraz z królem, acz zmieniali się co roku. Mieliby oni pilnować spraw senatu przy zbyt ambitnych królach... albo zbyt nieobecnych. Frakcja Ypatosów, choć na razie słaba, zyskuje zwolenników wobec bierności władcy. Jeśli Appian nie podejmie zdecydowanych kroków wewnętrznych niedługo może odkryć, że królem jest co najwyżej malowanym.

- Appian IV zostaje władcą Kanaan.
- Bierność władcy w rozgrywkach politycznych powoduje powstanie silnej opozycji w senacie.
Odpowiedz cytując ten post



#8
Ussura, 1204

Carstwo powoli pogrąża się w chaosie. Już trochę czasu minęło od śmierci cara Jaropełka, a dalej nie widać końca kryzysu. Wydawać by się mogło, że ludzie zaczynają już tracić wiarę w nowego cara Nikołajewa, bo wśród sygnatariuszy Konfederacji Kamienieckiej coraz częściej pojawiały się głosy wzywające do powrotu do domów. Bo po co walczyć za cara, co pewnikiem Jaropełkowi nie dorówna? Carstwo i tak się sypie, wasale uwalniają się z okowów poddaństwa, a pretendenci i bandyci panoszą się po kraju. Kto zatem zadba o żony i dzieci, kiedy czekają na rozkazy w stolicy?
Oczywiście grupki tak radzących bojarów szybko zostały przez innych ogłoszone tchórzami... a jednego można być pewnym. Jeśli obraża się szlachcica ussarskiego, to ten często odpowie szablą. Zatem w stolicy i obozie konfederacji bardzo często dochodziło do pojedynków. Jedne na śmierć i życie toczone przy wielkich tłumach gapiów, inne zaś pokroju zwykłych sieczek w karczmach.

Ofiarą właśnie jednej z tych ostatnich padł niejaki Aleksiej Borysowicz Adamowicz, który w ferworze walki dostał ławą w głowę tak mocno, że z czaszki biedaka ledwo co pozostało. Na dzień drugi złożono go w jednym z świeżo wykopanych grobów, a na ceremonię przybyło tylko dwóch kuzynów, co odnalazło się wtedy w mieście. Aleksiej lekką rękę od zawsze do sum miał, dlatego za dużo po sobie nie zostawił. Jednak w jednym z kufrów podróżnych kuzynostwo odkryło rzecz przedziwną... mianowicie list pisany przedziwnym alfabetem z obco wyglądającymi pieczęciami. Bardziej rozgarnięty i strachliwy z dwójki od razu poleciał do naczelnika, który to znalazł już osobę mogącą odczytać bazgroły. Ku zdumieniu wszystkich okazało się, że list pochodzi z sąsiedniego Castiglione i spisany był ręką jakiegoś sekretarza królewskiego (jeśli pieczęci wierzyć). W tekście zawarto polecenia dla Aleksieja i jego ferajny by czynił tumult i niepokoje wśród stronników nowego Cara. Wychodzi zatem na to, że Castiglione postanowiło zaangażować się w kłopoty sąsiada werbując agentów po dworach bojarskich. Chwilowo nie ujęto nikogo więcej, lecz ten list dobrze pokazuje, że Aleksiej nie był jednym pionkiem w tej grze.

-Niepokoje wśród części ussurskich bojarów
-Przypadkowe odkrycie istnienia siatki szpiegowskiej Castiglione w Ussurze
Odpowiedz cytując ten post



#9
Liga z Elis, 1204

Od czasów wydarzeń w Tarcvinium i powołania Trójporozumienia napięcie we wschodniej części Morza Białego coraz bardziej narastało. Rozładowaniu sytuacji nie pomógł fakt zwodowania floty przez Basileię. Wydarzenie to szeroko było komentowane wśród kupców w miastach portowych. Nic więc w tym dziwnego, że szybko plotki rozeszły się po szerokim świecie. Wieści o tym trafiły też do karczm w Elis. Dlatego niejaki urzędnik Wikariatu Skarbu Celion nie zdziwił się, kiedy do jego kancelarii zgłosili się ludzie z wozami. Podobno Prefekt zarządził budowę okrętów, więc potrzebne były fundusze. Szybko sprawę wyjaśniono, a tragarze zaczęli nosić worki ze srebrem i złotem.

Zdziwieniem większym dla Celiona była druga delegacja jaka przybyła wieczorem tego samego dnia. Zażądała ona wydania tych samych sum. Po dość „spektakularnej” dyskusji, szybko stwierdzono, że doszło do przekrętu, a za rzekomymi urzędnikami wyruszył pościg vigilów i milicjantów straży skarbowej. Po całodniowych poszukiwaniach udało się odnaleźć na małym okręcie zacumowanym w porcie rybackim worki z monetami. Ku zgubie Celiona jednak kwota ta opiewała tylko na czwartą część tego co wydał przebierańcom. Reszta zaś wyparowała. Jednak sprawa się na tym nie zakończyła, a śledczy starali się uchwycić chociaż czegokolwiek. Oficjalnie znaleziono tylko jednego urzędnika, do którego zgłosił się pewnego dnia kupiec z prośbą o dokumentacje skarbową. Podobno chodziło o stwierdzenie zdolności Ligii w obliczu blokady Trójporozumienia. Szczęściem dla niego, nie miał dostępu do dokumentacji innych Wikariatów, bo suma wtedy skradziona mogłaby być dużo większa.

W każdym razie pieniądze wyparowały, a miasto puchnie od plotek o domniemanych sprawcach. Pytanie tylko czy funkcjonariusze Ligi poprzestaną na tych plotkach?

-Kradzież części pieniędzy ze skarbca w Lidze z Elis
-Sprawcy nie zostali ujęci
Odpowiedz cytując ten post



#10
Imperium Tarcvinium, 1204

Jeżeli tej nocy ktoś zapuścił by się w pobliże budynku zajmowanego przez delegację Zakonu w Tarcvinium ujrzałby niecodzienny widok - kilku ludzi zawzięcie podtaczało beczułki z oliwą pod ściany, po czym ją rozlewało. Inny z kolei podpierał drzwi, aby uwięzieni w środku zakonnicy broń Adro nie zdołali umknąć z ognistej pułapki którą im szykowano. Zamachowcy pracowali w ciszy i spokoju... Poza jednym, który biedził się co niemiara z wyraźnie zamokniętą hubką.
- Chol... - mruknął, raz po raz próbując skrzesać ognia. - Co za gówno... - raz jeszcze uderzył krzemieniem.
- Może pomóc? - zza pleców podpalacza zabrzmiał głęboki głos.
- Dzięki, chętnie... - odruchowo odpowiedział podpalacz, po czym aż podskoczył uświadamiając sobie, że nie był to żaden z jego towarzyszy. Gdy odwrócił się, ostatnim co ujrzał była solidna dębowa laga, która szybko zbliżała się do jego głowy. Sekundę później, z towarzyszącym temu głośnym dźwiękiem, świadczącym że łepetyna pechowego zamachowcy była chyba jednak bardziej pusta niż pełna, zwalił się na ziemię. Kilkunastu ubranych w ciemne płaszcze ludzi właśnie otaczało budynek, a podpalacze zbyt późno zorientowali się, że nie mają gdzie uciec...

W przeciągu ostatnich lat Tarcvinium było miejscem zamieszek i prób morderstwa obcych oficjeli... Wszystko wskazuje na to, że obce mocarstwa uczyniły sobie z podupadającego imperium miejsce swych zmagań o wpływy na Imperiusie. Dopiero co doszło do próby zamachu na dyplomatów z Elis, gdy niezbyt bystry acz sprawny w ostrzu osobnik o wyraźnie aeckiej powierzchowności rzucił się z nożem na wikariusza i jego świtę - a rok wcześniej podjudzony przez delegata zakonu, Alsena de Vergarę dokonał pogromu aeckich kupców. Teraz sytuacja dążyła do ognistego finału - grupa podejrzanych indywiduów spróbowała bowiem podpalić siedzibę delegacji zakonnej... Prawdopodobnie udałoby się im to, jednak zaalarmowany narastającym chaosem Praesart wzmocnił straże i rozesłał po mieście swych ludzi, mających obserwować wszelkie podejrzane wydarzenia. Ludzie Praesarta wpadli na trop spisku i podążyli po nitce prosto do kłębka - ujmując zamachowców na nomen omen gorącym uczynku - wszyscy podpalacze wpadli w ręce ludzi Praesarta, a sami zakonnicy wyszli z incydentu bez szwanku... Pytaniem pozostaje tylko, kto stał za próbą zamachu - i ile czasu zajmie oprawcom wyciągnięcie prawdy ze złapanych...

- Nieudany zamach na dyplomatów Zakonu i Alsena de Vergarę
- Służby Praesarta łapią zamachowców na gorącym uczynku
Odpowiedz cytując ten post




Powrót do: Wydarzenia



Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości